Detroit. Nie każdy pamięta, że to miasto w 2013 roku... zbankrutowało. Od 2016 roku niby widać poprawę, ale Detroit wciąż boryka się z licznymi problemami. Skupmy się jednak na historii tego niezwykłego miasta.
Detroit - znane jako "Motor City" - jest miejscem narodzin amerykańskiego automobilu. Leży na północnym brzegu rzeki Detroit łączącej jeziora St. Clair i Erie. Na południu sąsiaduje z kanadyjskim miastem Windsor w prowincji Ontario. Zanim jednak w okolice dzisiejszego Detroit przybyli biali osadnicy, w północnym rejonie Wielkich Jezior zamieszkiwało około 9 plemion Indian. Detroit powstało w roku 1701, kiedy to Antoine de la Mothe Cadillac wraz z grupą francuskich żołnierzy zainteresowanych angielskim udziałem w handlu futrem, zbudowali fort na rzece Detroit. Indianie najechali fort w 1763 roku. Był to jeden z nieudanych ataków dowodzonych przez wodza plemienia Ottawa - Pontiaca. Ataki te miały na celu odzyskanie przez Indian ziem w Ameryce Północnej. Na mocy traktatu paryskiego ziemie przekazano pod władzę Brytyjczyków do momentu przejęcia przez władze amerykańskie po wojnie o niepodległość z 1783 roku.
Na początku XIX wieku Detroit było centrum ruchu abolicjonistów i zarazem ostatnim przystankiem w Stanach a tuż przed Kanadą na niektórych trasach kolei, która transportowała uciekających niewolników z Południa właśnie do Kanady. Po zakończeniu wojny secesyjnej w roku 1865 głównym zajęciem mieszkańców Detroit stał się przemysł. I tak, drewno, ale też ruda żelaza, a przede wszystkim tani transport kolejowy sprawiły, że rejon Detroit stał się niekwestionowanym centrum przemysłowym.
Swoją "cegiełkę" do rozwoju i dobrobytu miasta dołożył Henry Ford, odkąd w 1896 roku zaczął produkować samochody, a kiedy w 1913 roku wprowadził produkcję opartą o linię montażową, rozwój przyspieszył.
W czasie II wojny światowej duża liczba Afroamerykanów wyemigrowała z Południa i osiadła w Detroit, jednak napięte stosunki rasowe wywołały w 1943 roku pierwsze w mieście zamieszki na tle rasowym.
W 1950 roku Detroit zamieszkiwało 1,9 miliona osób, w większości białych robotników. Afroamerykanie byli skazani na coraz gęściej zaludnione dzielnice: Black Bottom i Paradise Valley. Mieszkali w starych, zniszczonych, drewnianych domach bez kanalizacji, lecz wciąż wierzyli, że sukces jest możliwy. Tylko, że zamiast sukcesu czekał na nich rządowy program odnowy miasta, który zakładał budowę międzystanowej autostrady, którą planiści wyznaczyli przez środek osiedla Black Bottom. W ruch poszły buldożery, a tysiące czarnoskórych mieszkańców przesiedlano do czynszowych kamienic w innych częściach miasta. To nie mogło skończyć się dobrze. I nie skończyło. W lipcu 1967 roku doszło do trwających kilka dni zamieszek. Detroit stanęło w ogniu, który ugasiło dopiero przybycie Gwardii Narodowej. 43 osoby poniosły śmierć, a pożar, który wybuchł, pochłonął 1300 budynków.
Dla białych mieszkańców zamieszki były ostatecznym pretekstem, żeby wyprowadzić się na przedmieścia. I tu zaczyna się kolejny problem. A mianowicie: czarnoskórych rodzin było znacznie mniej niż domów, które pozostawili biali. A wraz z odpływem mieszkańców zmniejszyły się dochody miasta. Jakość usług publicznych spadała, co zmusiło jeszcze więcej osób do wyprowadzki. Do tego wszystkiego giganci branży motoryzacyjnej zaczęli przenosić fabryki na przedmieścia albo do Chin, gdzie mogli liczyć na niższe koszty.
Liczba ludności systematycznie spadała. Kto mógł, ten wyjeżdżał z Detroit. W 2010 roku liczba ludności Detroit wynosiła około 700 000. Detroit w pół wieku straciło blisko 2/3 mieszkańców. Amerykański rekord. Ale to wciąż nie był koniec kłopotów. Ostateczny cios przyniósł kryzys z 2008 roku, kiedy to pękła bańka nieruchomości. Recesja sprawiła, że wielu osób nie było już stać na spłatę hipoteki. Tak było wprawdzie w całych Stanach Zjednoczonych, lecz po Motor City kryzys mieszkaniowy przeszedł jak tornado. Chrysler, Ford i General Motors stanęły na skraju bankructwa. Wprawdzie 17 miliardów $ podarował im prezydent Bush, ale nie obyło się bez zwolnień i cięć zarobków. Wciąż mało? No więc... budżet miasta świecił pustkami. Publiczny transport praktycznie nie istniał. Służby miejskie przestały odbierać śmieci. Zgasły uliczne latarnie. Zamknięto publiczne parki. Przestała jeździć większość karetek. A policja na miejsce zdarzenia potrafiła przyjeżdżać po 2-3 dniach od zgłoszenia (w gorszych dzielnicach nawet po 4 albo wcale).
I trochę suchej statystyki, która to najlepiej zobrazuje:
- W 2001 roku w Detroit pracowało 1500 pracowników służb publicznych. W 2012 zostało ich 500.
- W 2001 ulice miasta przemierzało 4300 umundurowanych policjantów. Ponad 10 lat później było już ich tylko 2700.
A jak jest teraz? Miejsce fabryk zajęły centra finansowe, start-upy, firmy high-tech i oddziały uniwersytetu. Swoją siedzibę wciąż ma tutaj General Motors. Dawne, zaniedbane nieruchomości albo zostały zrównane z ziemią albo przechodzą gruntowny remont. Miasto odżywa, ale Detroit jest wielkie i nie wszędzie jest dobrze.





Komentarze
Prześlij komentarz