Junko Tabei

     Japonka Junko Tabei (1939 - 2016) jest pierwszą kobietą, która zdobyła najwyższy szczyt świata. Miało to miejsce w 1975 roku. Na tym jednak nie poprzestała i wspinała się dalej. Wśród 56 zdobytych przez nią szczytów w 1992 roku znalazła się Korona Ziemi. Wspinała się nawet wówczas, gdy w 2012 roku zdiagnozowano u niej raka (zdobyła wtedy górę Fuji).

    W 1969 roku stworzyła pierwszy w Japonii żeński klub wspinaczkowy w odpowiedzi na to, jak kobiety na szlakach traktowali wspinacze-mężczyźni. Kiedy kobiety z klubu zdecydowały, że zdobędą Mount Everest usłyszały, że powinny siedzieć w domu i wychowywać dzieci a nie uprawiać wspinaczkę. Panie się jednak nie poddały i zaczęły szukać sponsorów przedsięwzięcia. 

    Droga na szczyt nie była jednak łatwa. Dosłownie i w przenośni. Ale po kolei.

    Ledwie kilka dni wcześniej nim Tabei stanęła na szczycie Mount Everest, znalazła się pod śniegiem po zejściu lawiny. "Każdy, kto ma dwie nogi i potrafi chodzić, potrafi się wspinać" - powiedziała później. Dla wspinających się po górach kobiet to nie były łatwe czasy. Japonka wstąpiła do klubu wysokogórskiego tuż po ukończeniu tokijskiego uniwersytetu, w 1962 roku. Nie mogła jednak liczyć na równe traktowanie. Jej prośby o uczestnictwo w kolejnych wyprawach były odrzucane przez mężczyzn, z których wielu nie chciało mieć w swojej grupie wspinaczkowej kobiety. Siedem lat później Junko powiedziała "dość". Stworzyła pierwszy żeński klub alpinistyczny Joshi-Tohan. Od teraz panie miały się wspinać razem. I trzeba przyznać, że robiły to z sukcesami. Pierwszy przyszedł już rok później. Tabei i Hiroko Hirakawa, zdobyły Annapurnę III, wytyczając nową trasę, od południowej strony. Zostały pierwszymi Japonkami na szczycie. W wejściu towarzyszyło im 2 Szerpów.

    Kolejnym celem Joshi-Tohan Club stał się najwyższy szczyt świata, czyli Mount Everest (8848 m n.p.m.). W skład ekspedycji z 1975 roku weszło 15 kobiet, w tym 2 matki (jedną była właśnie Junko). Panie musiały się wykazać wielką cierpliwością. Na pozwolenie na zdobycie góry czekały aż 4 lata. I tak miały szczęście. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy ekspedycji, gdyby ONZ nie ogłosiła 1975 Rokiem Kobiet. Niestety problemów było więcej. Przede wszystkim chodziło o pieniądze. Sponsorzy nie byli chętni na wykładanie pieniędzy. Uważano bowiem, że kobiety powinny siedzieć w domu i zajmować się dziećmi. Panie największe wsparcie otrzymały od telewizji Nippon i gazety "Yomiuri Shimbun". A ponieważ to wciąż było za mało, każda z nich musiała dołożyć do ekspedycji 5000 $ ze swoich środków. Problem był też sprzęt, którego po prostu brakowało. Tabei sama uszyła sobie wodoszczelne rękawice i spodnie, a żeby pozyskać pieniądze, dawała lekcje gry na pianinie.

    Wreszcie w maju 1975 roku ekspedycja ruszyła. Postanowiono zdobyć szczyt tą samą drogą, co w 1953 roku uczynili to Sir Edmund Hillary i Tenzing Norgay. Wyprawę wspierało 6 Szerpów.

    4.05. założono obóz na wysokości 6300 m n.p.m. Niestety tego dnia zeszła duża lawina - Tabei i jej 4 koleżanki znalazły się pod śniegiem. Ona sama straciła przytomność. Szczęśliwie została w porę odkopana. Uniknięto ofiar.

    Pierwotny plan zakładał, że na szczycie mają stanąć 2 kobiety. W trakcie wyprawy okazało się jednak, że tlenu w butlach wystarczy dla jednej. Kierownictwo postawiło na 35-letnią wówczas Tabei. 12 dni po zejściu lawiny zdobyła Mount Everest. To było 16.05. Zapanowała euforia. W Katmandu na jej cześć zorganizowano paradę, a sukcesu pogratulował jej król Nepalu. Na lotnisku w Tokio witały ją tysiące. Japoński rząd wysłał gratulacje, podobnie uczynił sam cesarz. W telewizji wyemitowano nawet serial poświęcony wyprawie.

    To nie wszystko. 11 dni później na szczycie Mount Everest stanęła kolejna kobieta, Tybetanka Phantog. Trzecią była Wanda Rutkiewicz, zdobywając górę w 1978 roku. Polka z kolei jako pierwsza z kobiet zameldowała się na K2.

    Tabei wspinała się do końca życia. W 1992 roku została pierwszą kobietą, która zdobyła Koronę Ziemi, a 3 lata później pierwszą Śnieżną Panterą (zdobycie 5 7-tysięczników byłego ZSRR). 


Komentarze